W artykule wykorzystano fragmenty pośmiertnie opublikowanych notatek Adolfo Nicolasa SJ, oraz eseju ‘The “inner man” – Fundamental Concept of Pauline Anthropology’ Stephena Hechta.
Podmiot wyspecjalizowany jest podmiotem skutecznym, osiągającym swój cel. Być może tak właśnie myślimy dzieląc nasze życie na “życia”: prywatne i zawodowe; to dotyczące obowiązków, i to dotyczące zainteresowań; to skupione na sferze religijnej, i to zanurzone w profanum; to otoczone członkami rodziny, i to spędzane w gronie przyjaciół; W efekcie nie żyjemy już więc jednym życiem, a całą ich gamą, z tym jednym zastrzeżeniem, że ciężko jest zrozumieć, kim jest przeżywające tę wielość “ja”. Jeśli jesteśmy kimś innym modląc się, a kimś innym spotykając z przyjaciółmi – innymi słowy, jeśli oddzielamy te sfery tworząc dla nich odpowiednie, sterylne pojemniki, to w jakim sensie jeszcze osoba spotykająca się z przyjaciółmi czasem się modli, a osoba modląca się spotyka z przyjaciółmi?
Oczywiście, ktoś mógłby odpowiedzieć na taki zarzut twierdząc, że uważa się za autentycznego we wszystkich podejmowanych przez siebie działaniach, że wszystkie one wypływają z tego, kim jest. Tutaj rodzi się jednak pytanie, jaka jest miara tej autentyczności? Czy jest nim moje własne wyobrażenie, łatwo ulegające iluzorycznemu wykrzywieniu? Czy jest nim bezrefleksyjnie przyjęta, uwarunkowana historycznie i społecznie, wizja życia dającego poczucie spełnienia? W takiej sytuacji mielibyśmy znów do czynienia z rozproszeniem, polegającym na skupieniu się na nieustannym rzutowaniu prawdy rzeczywistości na uproszczoną wizję “ja” i “świata” wytworzoną przez ludzką wyobraźnię. Taki człowiek nie umiałby zogniskować wzroku na danej mu poprzez zmysły rzeczywistości, ponieważ z wielkim uporem rozpraszałby się, koncentrując na założonych przez siebie soczewkach, nie spostrzegając nawet, że je nosi.
Możemy w zasadzie powiedzieć, za Adolfo Nicolasem, że jesteśmy współcześnie ludźmi “głupio” rozproszonymi. Rozproszonymi w naszym postrzeganiu świata – wciąż niespokojnie odwracającymi oczy od Boga i zerkającymi na nasze zranione ego; rozproszonymi w oceanie możliwości – nie umiejącymi oddzielić środków od celów; rozproszonymi w naszych wnętrzach – jakby nasza skurczona i rozbita dusza musiała z konieczności nieustannie odrzucać co najmniej jeden ze swoich aspektów: rozum, wolę, lub uczuciowość.
Zauważmy, jak tragicznie groteskową jest nieświadomie podejmowana przez człowieka rozproszonego próba duchowej operacji chirurgicznej: zszycia z rozbitych ułamków życia jakiejś narracji, jakiegoś trwałego “ja”. Wydaje się to posiadać szanse powodzenia porównywalne z próbą zszycia serca z fragmentów naskórka. Nie da się bowiem z obumierającego człowieka zewnętrznego ulepić wciąż odradzającego się człowieka wewnętrznego, mówiąc językiem św. Pawła. W czwartym rozdziale Drugiego Listu do Koryntian pisze on:
Dlatego to nie poddajemy się zwątpieniu, chociaż bowiem niszczeje nasz człowiek zewnętrzny, to jednak ten, który jest wewnątrz, odnawia się z dnia na dzień. Niewielkie bowiem utrapienia naszego obecnego czasu gotują bezmiar chwały przyszłego wieku dla nas, którzy się wpatrujemy nie w to, co widzialne, lecz w to, co niewidzialne. To bowiem, co widzialne, przemija, to zaś, co niewidzialne, trwa wiecznie.
Pochylmy się nad tymi antropologicznymi koncepcjami, pojawiającymi się w 2 Kor 4, 16; Rz 7, 22, podążając tropem myśli Stephena Hechta. Hecht zauważa na początku, że w “wewnętrznym człowieku” nie idzie o wyróżnienie jakiegoś jednego aspektu ludzkiej duszy – Platon wprowadził bowiem to pojęcie specjalnie w celu metaforycznego oznaczenia tego doświadczającego “ja”, które nie jest ani duchem, ani rozumem, ani pożądaniem. Tak jak te aspekty duszy obrazują ją wertykalnie, tak podział na zewnętrznego i wewnętrznego człowieka jest horyzontalny. Możemy zagłuszyć wewnętrzne “ja” zarówno uprawiając sport, jak i prowadząc dyskusję teologiczną. W drugą stronę, wewnętrzny człowiek doświadcza zarówno uczuć, myśli, jak i aktów woli; doświadcza on tego, co niewidzialne we wszystkich aspektach ludzkiej egzystencji – niezależnie od ich zewnętrznych oznak posiadania duchowego aspektu.
Jak możemy zrozumieć tę metaforę obrazowo? Paweł sugeruje (podobnie jak przed nim Filon Aleksandryjski) ikonę świątyni. Człowiek wewnętrzny, to “ja” odkupione w nadziei, lecz wciąż doświadczające upadków i rozterek osoby pielgrzymującej w świecie, jest niczym kapłan w świątyni. Jest tym, kto stoi przed obliczem Boga i w kogo Bóg się wpatruje. Kto całym sobą składa Mu ofiary – angażując w ten akt duchowy psychikę i cielesność. Kto, wreszcie, ma na sobie cudownie ozdobioną tunikę, na której wyhaftowany jest cały świat stworzony, aby nosząc ją przed Bogiem, włączać w akt chwalenia Go wszelką rzeczywistość stworzoną. Będąc uzdolnionym przez Miłość do składania tej ofiary, człowiek wewnętrzny codziennie odnawia się i zachowuje swoją ciągłość.
Tak więc życie nierozproszone, życie “wewnętrzne”, dokonuje się w ramach dynamiki, która wszystko odnosi do Centrum – do Boga. Od Niego wszystko pochodzi i do Niego wszystko dąży, także w życiu każdego konkretnego człowieka. Nie może być innego ośrodka życiowej grawitacji dającego ludzkiej egzystencji spójność. Oczywiście nie oznacza to korelowania wszystkich aspektów naszego życia ze sferą religijną na sposób zewnętrzny; nie oznacza to zatem potrzeby nieustannej modlitwy, czy nieustannego rozmyślania o Bogu. Oznacza raczej ukierunkowanie każdego aspektu życia, nie wypaczając jego natury, ku Stwórcy. Możemy bowiem modlić się nieustannie i karmić tą modlitwą nasze ego, możemy też, w zwyczajnej rozmowie z przyjacielem, ukochać go tą bezinteresowną miłością, którą sami zostaliśmy ukochani w Chrystusie, włączając tę relację w akt chwalenia Boga.
Drogą ku takiemu ukierunkowaniu naszego życia ku Bogu może być, zdaniem Adolfo Nicolasa, ignacjański rachunek sumienia. Jest to modlitwa porządkująca, będąca wielką pomocą w rozeznaniu, w co wpatrywaliśmy się danego dnia. Polega ona na przyjrzeniu się w dialogu z Bogiem, czy nasze decyzje i czyny – zarówno te świadome, jak i intuicyjne, stanowiły akt oddawania mu czci, czy też raczej stanowiły ofiary składane na ołtarzu naszego egoizmu.
Zdaje się bowiem, że my, ludzie rozproszenia, będąc kapłanami stojącymi przed Bogiem i przystrojonymi w tunikę naszych różnobarwnych przeżyć, obowiązków, fascynacji, relacji, i przestrzeni zaangażowania, pozwalamy sobie na wpatrywanie się w to, jak jej hafty i nici błyszczą w świetle księżyca doczesności, odwróciwszy wzrok od Centrum. Szkoda, że tak wpatrując się w kalejdoskop blasków owej tuniki świata, nie zauważamy, jak z każdą chwilą coraz bardziej przybliża się nowy dzień.


Autor porusza istotę istnienia ludzkiego w jego wymiarze duchowo-materialnym. Ta dwoistość sama w sobie jest początkiem naszego rozproszenia. Ale żaden system – a zatem i człowiek – nie może przetrwać, będąc wewnętrznie niespójnym. Jak słusznie zauważa Autor, człowiek potrzebuje wewnętrznego spoiwa, które pozwoli mu na utrzymanie swojego „ja” w całości. Takim spoiwem może być każdy cel, jaki człowiek stawia przed sobą. Tylko jeżeli cel pozostanie umiejscowiony w świecie materii, to wraz z tą materią wcześniej czy później się rozpadnie. Taki cel jest ruchomy: ciągle się zmienia, wędruje. To nie sprzyja stabilności człowieczego „ja” w perspektywie życia. Cel stały leży w Duchu. I to Duch Święty jest jedynie trwałym Spoiwem dla człowieka. „Niespokojne jest serce nasze, dopóki w Tobie nie spocznie” – te słowa św. Augustyna dobitnie wyjaśniają, Kto jest spoiwem w naszym rozproszonym życiu – jak pisze Autor tekstu.